TAKI BANAŁ...
Dotarło coś do mnie. Przy lekturze esejów Alberta Camusa...
Gdybym zaznała szczęścia w miłości, takiego na co dzień, nie goniłabym tak w życiu. Żyłabym wolniej. Nie miałabym czasu na naukę, lektury i ambicje o pisarstwie. Byłabym ciut mniej oczytana, trochę mniej przeintelektualizowana, ale miałabym grunt do życia stabilniejszy od... bóg wie czego. Żałuję, że nie pozwoliłam odnaleźć się miłości.
LOTTO? TO NIE JA...
To nie ja zgarnęłam te 24 miliony w lotto. Nawet nie wypełniłam kuponu, nie kupiłam, nie spróbowałam. Nie wiedziałam też, że o takie pieniądze toczyła się gra.
To nic. To nic, że nie wygrałam. Nic się nie stało. I tak (tu rozpoczyna się moja racjonalizacja) pieniądze, te duże pieniądze, szczęścia nie dają. Ponoć.
Amerykańscy naukowcy, którzy dzień w dzień trudzą się i w pocie czoła różne badania "produkują", udowodnili raz i drugi, że na co dzień największe szczęście dają nam ludziom (w tej kolejności):
- seks
- udane życie towarzyskie
- wspólny posiłek (z ludźmi, których się lubi)
Wniosek jest prosty: to inni ludzie (czyt. czynniki społeczne), a nie rzeczy materialne (czyt. czynniki ekonomiczne) decydują o większym poczuciu zadowolenia, czy szczęścia.
Zatem: ruszać do ludzi. Mam już hasło na tę okoliczność: Inni - kluczem do mojego szczęścia. Ładne, prawda?