IDŹ i...
... zagłosuj. Idź. No idź! Bo potem zapomnisz. Idź zaraz i zagłosuj.
Od wczesnego poranka powtarzałam sobie te słowa jak mantrę. W końcu, około 6:30, zabierając psa na poranny spacer, poszłam zagłosować. I... zagłosowałam.
Lokal wyborczy jest "rzut beretem" od mojego domu. Jakieś 50 metrów. Ta bliska lokalizacja sprawia, że zawsze chętnie biorę udział w wyborach. Nigdy jednak nie głosowałam przed 7:00 rano! To mój osobisty, wyborczy rekord.
Panie z komisji wyborczej na dźwięk otwieranych drzwi wyskoczyły - niczym piłeczki - z socjalnego pokoiku, gdzie pewnie popijały jeszcze kawkę. Choć zaskoczone moją - bądź co bądź wczesną - obecnością, próbowały zachować pozory profesjonalizmu i absolutnie nie dać po sobie znać najmniejszego zdziwienia (pt. "Tak rano? Nawiedzona czy co?"). Są przecież na posterunku od 6:00! Szybciutko zabrały się do pracy. Raz dwa i dostałam kartę. Raz dwa i zaznaczyłam co miałam zaznaczyć. Raz dwa i już mnie nie było. Panie z komisji mogły spokojnie wrócić do picia kawki.
Pamiętam, że listy z nazwiskami osób uprawnionych do głosowania świeciły jeszcze pustką... Prawie... Bo jeden wpis zauważyłam. To pan sąsiad spod 40-stki już głosował. Znaczy się, był pierwszym z naszego bloku. Jak na schorowanego dziadka, to nieźle. No no!
Teraz spokojnie mogę zapomnieć o wyborczej mantrze.