Mam i ja. Własne, wyhodowane z niewielką pomocą "przyjaciół"...
Demony... właściwie nie lubię tego słowa. Ma zbyt silne i jednoznaczne konotacje religijne. Skoro jednak w powszechnym użyciu przyjęło się już to określenie, więc niechaj będzie i tak. Niechaj będzie, że o prywatnych
demonach wspomnę. Tylko wspomnę. Parę słów. Nic więcej, żadnego wykładu czy spowiedzi.
Do tablicy wywołała mnie... książka o
Karen Carpenter. Uwielbiam jej ciemny, głęboki i smutny głos. Gdybym mogła dostać dowolny głos, to bez wahania poprosiłabym właśnie o głos Carpenter. Zawsze go lubiłam. I zawsze coś przyciągało mnie do tej kobiety. Zmarła mając 32 lata. To tyle, ile ja mam w tej chwili. Cierpiała na zaburzenia odżywiania. Hmm... brzmi tak znajomo.
O demonie anoreksji i bulimii wiem już sporo. Żyję z nim. Na co dzień. Skrywałam go długo w zaciszu i hołdowałam w tajemnicy. Wydawało i chyba nadal wydaje mi się, że panuję nad sytuacją. Że świadomość choroby jest już formą leczenia... Jest?
Pewna jestem tylko jednego: nie mam złudzeń co do całkowitego wyzwolenia. Zaburzenia odżywiania - jak każde uzależnienie - są dożywotnie. Można je tylko zaleczyć. Negocjować z demonem... Pogodziłam się z tym, jaka jestem. I coraz mniej obchodzi mnie, co inni sądzą w mojej sprawie.