Nie łapię pewnej sprawy... O co chodzi i po co to dosłowne - słowo w
słowo - przepisywanie prywatnych (często dość intymnych) rozmów z tzw. realu na
publiczny blog?
Czyżby to wyłącznie - dość powszechny - problem
blogowiczów z prowadzeniem narracji? Czy zwykła próżność? Zemsta na rozmówcy?? Czy...
może brak elementarnego szacunku dla interlokutora, kimkolwiek by on był?
Rozumiem,
że można cytować, bo i sama przecież chętnie powołuję się na słowa
samego autora/autorki. Można coś wspomnieć. Coś tam zagaić. Można opowiedzieć. Czasem pofantazjować i takie tam. Można dla żartów, inaczej: "for fun". Ale jak można - u licha! - swoje prawdziwe,
autentyczne relacje z ludźmi odzierać z ostatniej krzty intymności i bezceremonialnie "kopiować" je i udostępniać komukolwiek, kto tylko zajrzy na blog?
Żałosne wydaje mi
się pozbawianie rozmów tej wyjątkowości, że tylko on i ja wiemy; że on i
ja mamy wspólną sprawę i nikomu nic do tego!
Aha. Faceci też to
robią.